Przyzwoitość nakazuje napisać coś o sobie. Ośmiela mnie do tego znikome prawdopodobieństwo, że ktoś kliknie mój nalany fizys umieszczony na pierwszej stronie i skutkiem tego trafi tutaj. Niech więc będzie. Na wszelki wypadek zacznę od najmniej istotnych drobiazgów, które jakimś dziwnym trafem znajdują u czytelników brukowców największe zainteresowanie. Zapewne więc w ogóle nie będą interesować tych, którzy trafią na moją stronke...

     Podróżowaniem zajmuję się zawodowo, fotografowaniem — nie. Dlatego więcej jest tu fotografii, niż podróży. Bytność tu i tam jest dla mnie czasem przykrym obowiązkiem, staram się więc go sobie jakoś uprzyjemnić.

     Nie lubię tańczyć i tańczyć też nie umiem. Taniec jest dla mnie jak wojskowa musztra — wolny, wolny, szybki-szybki, wolny, w prawo – zwrot! dwa kroki – w bok! i znowu: wolny, wolny, szybki-szybki, wolny... Dosłownie musztra. Żadnego związku z melodią i rytmem w tańcu ja nie czuję. Więc nie tańczę. Czego mi nie może wybaczyć moja żona, Małgorzata. Nie wybaczaj, Małgorzato! Jestem przecież doskonały — wszystkie wady mam doskonałe, a składam się z samych wad — i jak już coś kaszanię, to nieodwołalnie i na całego!

     Nie palę i nigdy nie paliłem. Próbowałem — owszem, mając lat dwanaście — ale kiedy za pierwszym pociągnięciem język stanął mi kołkiem, to stwierdziłem że wciągnięcie tego dymu do płuc będzie się równało samobójstwu — a ja chcę jeszcze troszkę pożyć. Na razie nadal żyję. Nigdy jeszcze do tej pory nie umarłem, więc może uda mi się tego w życiu uniknąć...

     Nie piję — przynajmniej w polskim znaczeniu słowa "pić". Picie po polsku oznacza doprowadzanie do powstawania w głowie charakterystycznego szmeru, podobno mającego być przyjemnością. Wzmaganie intensywności owego szmeru uzyskuje się na drodze dogardłowo-wlewnej, z użyciem dowolnego zestawu płynów zawierających tak zwany procent. Naprawdę nie jestem ciekaw wizji świata po przedawkowaniu procentów... to, co z łepetyną robią procenty zażyte nawet w umiarkowanej i skromnej mierze, wystarczy mi do szczęścia w zupełności. Na dobrą sprawę wolałbym, żeby w ogóle nie dawały znać o sobie i odczepiły się od mojej głowy raz a dobrze. Lubię ich działanie jedynie na języku, ale tylko w połączeniu ze starannie dobranym środowiskiem napojowym. Szczególną sympatię żywię do napitku, który kiedyś tak subtelnie reklamował Janusz Rewiński...

     Nie zażyłem nigdy w życiu żadnego dopalacza. Nie tylko w trosce o zdrowie — nie chciałbym mieć przez to kłopotów z duchami.

     Nigdy nie miałem niczego wspólnego z polityką, aż do tego stopnia, że nawet ani razu jeszcze na nikogo nie głosowałem. Rzecz jasna — nigdy też nikogo nie namawiałem do powstrzymania się od głosowania — byłby to przecież gest polityczny. Dzięki temu mogę dziś z czystym sumieniem rozmawiać o polityce absolutnie z każdym. Nawet z Jerzym Urbanem — choć nie sądzę, żeby mi się taka okazja miała przytrafić (i niespecjalnie za ową okazją tęsknię). Polityka interesuje mnie tylko jako socjologiczne zjawisko. Jedynie w ten sposób. Zupełnie nie interesują mnie politycy. Oni mną się też nie interesują. Niech więc Bóg da im zdrowie! — bo człowiek na nich nic już nie poradzi...

     Nie noszę brody. Zapuszczam ją tylko na wyjazd ze względów praktycznych. Małgorzata lubi mnie wprawdzie z brodą, ale przyjaciele nie tolerują... no a czegóż nie robi się ze względu na przyjaciół! Na szczęście kochanym mężem mogę być i bez brody. Więc golę! A na wyjazd — zapuszczam...

     Mówiąc ogólnie jednym zdaniem: jestem umiarkowanie nieszczęśliwym człowiekiem prowadzącym bardzo satysfakcjonujące życie. Ot i tyle.

     To na razie! Sugeruję — zajrzyjcie do ciekawszych zakamarków mojego "łebpejdża"...